Wspominają o tym, jak było dawniej i jest dzisiaj…

7-001.jpg

 

Zachęcam do przeczytaniu wywiadu  z naszymi członkami Koła – opowieści ludzi z pasją o pasji.  Wywiad został przeprowadzony przez Marka Wiśniewskiego, a jego treść ukaże się również na łamach kwartalnika wydawanego przez Zarząd Okręgowy PZŁ we Wrocławiu.

Darz Bór!

 

heniu

 

Kolega Henryk Rybarczyk, Honorowy Łowczy Koła Łowieckiego „Darz Bór” w Miliczu:

O początkach

– Należę do Koła Łowieckiego „Darz Bór” w Miliczu od 1962 roku. Jestem jednym z najstarszych stażem myśliwym. Tylko dwóch kolegów nieco jest od mnie dłużej. Początkowo byłem Wicełowczym Koła, a od 1964 roku zostałem Łowczym. Pełniłem te obowiązki do roku 2008, z jedynie czteroletnią przerwą. To niemal pół wieku. Przez sporą część historii Koła zarządzaliśmy nim z moim kolegą Andrzejem Bulińskim. Kiedy przychodziłem do koła, na początku lat sześćdziesiątych, było to tylko koło leśników. Wtedy Lasy Państwowe podzielone były na rejony, które obejmowały około pięciu dzisiejszych nadleśnictw. Siedziba była w dzisiejszym technikum leśnym. Wśród członków koła byli sami leśnicy i tylko czterech „cywili”, m.in. Prezes i ja. No i około trzydziestu pięciu myśliwych. Później było różnie. Warto by na moment wrócić jeszcze do czasów wcześniejszych.

 

O kołach łowieckich

Po wojnie powstawały nie koła łowieckie, a zrzeszenia myśliwych. Do takiego należał mój ojciec, który był kaliskim i myśliwym, i leśnikiem. Po wojnie w Miliczu powstało zrzeszenie „Czapla” i działało przez jakiś czas. Później niestety rozpadło się. Kiedy zaczęły powstawać koła łowieckie, dziesięciu myśliwych z dawnej „Czapli” odeszło od nas, by reaktywować dawne stowarzyszenie, tym razem, jako koło. Z tego powodu mieliśmy problem z wydzierżawieniem obwodu łowieckiego. Początkowo dzierżawiliśmy obwód Kubryk. Tam polowałem chyba z dziesięć lat. A może więcej? Później zaczęliśmy gospodarzyć na dwóch obecnych obwodach. Jeden ma ponad cztery tysiące siedemset hektarów, drugi jest mniejszy i ma około cztery tysiące czterysta pięćdziesiąt hektarów.

O naszym bogactwie

– W zasadzie mamy w nich wszystką zwierzynę, choć w tym mniejszym obwodzie nie ma danieli. W obu przeważają dziki. Mieliśmy też sporo ptactwa, dzięki któremu podreperowaliśmy finanse, koła, ale dzisiaj jest z dzikim ptactwem gorzej. Działaliśmy na rzecz koła i przyrody bez dotacji i pomocy, tylko w oparciu o pracę i składki naszych członków. Sporo pieniędzy pozyskiwaliśmy z dewizowych polowań na kaczki. Dzięki temu, że w jednym naszych obwodów było dzikie ptactwo, potrafiliśmy to dobrze wykorzystać. No i stąd całe zaplecze, które pozostawiliśmy po sobie.

O obowiązkach

– Myśliwy w kole zawsze miał określoną liczbę godzin do przepracowania. Jeśli nie chciałeś lub nie mogłeś pracować, to musiałeś to zrekompensować w formie większej składki lub zastępstwa innej osoby. Zawsze wychodziłem z takiego założenia, że jeśli jesteś myśliwym, to musisz pracować. Kiedyś odeszło od nas chyba ośmiu leśników, którzy mieli z tą pracą jakiś problem. Koła łowieckie zawsze działały w oparciu o pracę swoich członków. Dawniej nie było niedzieli, byśmy sami nie budowali ambon czy paśników dla zwierzyny. Na myśliwych zawsze można było polegać. Zaczynało się to już od chwili przyjęcia do koła. Robiliśmy rozeznanie, czy nowy kolega będzie etycznym myśliwym. Czy można będzie na nim polegać i czy nie będzie sprawiał swoim zachowaniem kłopotów. Nie każdy, kto chciał, zostawał członkiem koła łowieckiego. Zwykle dbaliśmy o właściwy stan liczebny naszego koła i było nas nie więcej niż osiemdziesięciu myśliwych. Podobnie jest i dzisiaj.   

dzielenie

bulinski

Kolega Andrzej Buliński, Honorowy Prezes Koła Łowieckiego „Darz Bór” w Miliczu:

O myśliwskich korzeniach

Pochodzę z rodziny leśnika i sam także byłem leśniczym. Polować zacząłem od roku sześćdziesiątego ubiegłego wieku. Nie w lasach milickich, ale w leśnictwie Przedborów w Nadleśnictwie Ostrzeszów. Później przeniosłem się do pracy, jako inspektor leśny do tutejszego kombinatu PGR. I tu wstąpiłem do koła łowieckiego. Mieszkałem wówczas w sąsiedztwie dyrektora kombinatu, który był jednocześnie teściem kolegi Henryka. A że wtedy grywałem też na skrzypcach, to dzięki nim zostałem zauważony przez Łowczego Koła Łowieckiego „Darz Bór”.. To były piękne czasy. Przyjęli mnie do siebie i działałem w kole najlepiej, jak tylko umiałem. Doszło do tego, że zostałem jego prezesem. Trwało to blisko 23 lata. Dzisiaj też jestem Prezesem, ale Honorowym, bo taki tytuł przyznali mi koledzy myśliwi.

O tym, co robiliśmy

Z perspektywy mijających lat myślę, że zostawiliśmy z kolegą Henrykiem Rybarczykiem po sobie sporo dobrego. I wiatę myśliwską, i domek leśny, i świetlicę, i ciągnik, i przyczepę. I wiele innych potrzebnych myśliwym rzeczy. Dzięki temu nasze koło jest pozytywnie oceniane przez innych. W łowiectwie celem jest nie tylko samo polowanie. Myśliwi gospodarzą, na co dzień w przydzielonych im obwodach. Zawsze problemem były, jak i dzisiaj, szkody rolnicze. Było ich dość dużo. Bywało, że rocznie trzeba było wypłacić rolnikom i 890 tys. złotych. Po to, by było tych szkód jak najmniej, musieliśmy pilnować pól. Dzisiaj też się to robi. A samo polowanie, mimo upływu czasu, nie zmieniło się specjalnie. Tak jak dawniej i dzisiaj jest to bardzo miła pasja. Może zmieniło się społeczne postrzeganie myśliwych, ale na to nie mamy zwykle wpływu. Czasy są takie, jakie są.

O istocie łowiectwa

Pamiętam, jak kilka lat temu pozyskałem około pięćdziesięciokilowego dzika. Pojechałem z nim do zakładu mięsnego i w tym czasie akurat przyjechało ze swoją świnką małżeństwo z pobliskiej wsi. Pani spojrzała na mojego dzika i mówi – Nie szkoda było panu zabić takiego ładnego dzika? Nie odezwałem się, ale po chwili pytam – a Pani z tą swoją świnką przyszła sobie zdjęcie tutaj zrobić? Ja tego dzika widziałem może z trzy minuty przed odstrzałem. A pani hołubiła swojego prosiaka przez rok, a może i dłużej. I nie szkoda dzisiaj pani go tutaj przywieść? Nic się nie odezwała, a znajomy rzeźnik tylko się uśmiechnął. Ludzie nie znają zasad łowiectwa i często ulegają stereotypom, które tworzą inni na własny użytek. Po drugie mało mają kontaktu z żywą przyrodą i ich wiedza jest powierzchowna. Dlatego pewnie wśród myśliwych większość stanowią ludzie związany z lasem i naturą. Dzieci leśników i ci związani z tym działem gospodarki. Oni mają miłość do przyrody we krwi. Rozumieją, czym jest las. Przeżywają łowiectwo nie, jako strzelanie do zwierzyny, a jako pewnego rodzaju rytuał i misję. Potrafią oddać jej cześć na pokocie i kultywują te tradycje. Widzimy to dzisiaj wśród nowego pokolenia myśliwych w naszym kole i jesteśmy z tego dumni. Zostawiliśmy koło w dobrych rękach. 

 dzielenie

 janislaw-kaczmarek-w-srodkuKolega Janisław Kaczmarek, jeden z najstarszych stażem myśliwy, były Łowczy

O swoich początkach

Jestem członkiem Koła Łowieckiego „Darz Bór” od 45 lat. W nim rozpoczynałem swój życiorys łowiecki i nadal go kontynuuję. W mojej rodzinie jestem pionierem – myśliwym. Mam jeszcze jedną pasję – pszczelarstwo. I tutaj też jestem prekursorem w swojej rodzinie.

O sensie łowiectwa

Łowiectwo jest dla mnie terapią i ukojeniem. Kontakt z żywą przyrodą działa na mnie leczniczo, zarówno psychicznie, jak i fizycznie. Spacerując po lesie można wiele rzeczy przemyśleć. Znaleźć nowe spojrzenia i często rozwiązanie spraw, które tego wymagają. Można także podreperować swoją tężyznę fizyczną. A dzisiaj to wyjątkowo atrakcyjny aspekt takiej pasji. Z zawodu jestem fizykiem. Ukończyłem studia wyższe o tym kierunku i początkowo byłem pedagogiem. Później pracowałem w administracji państwowej. Od 1992 roku prowadzę z synem własny biznes związany z branżą drzewną.

O naszej filozofii działania

Nasze koło łowieckie ma w swojej filozofii funkcjonowania ogromny szacunek do zasobów przyrody, na których gospodarujemy. I to jest chyba najważniejszy wyróżnik spośród innych milickich, kół, który jest aż sześć. Stąd też wynika nasza pozycja. To po pierwsze. Drugim, niemniej ważnym aspektem, jest dyscyplina organizacyjna, którą wypracowaliśmy przez lata. Bez tego trudno byłoby mówić o dobrym gospodarowaniu w kole. Jest nas ponad siedemdziesięciu myśliwych i każdy z nas to inny charakter. Każdy ma własne, indywidualne podejście do przyrody. Umiemy to wszystko jakoś bezkonfliktowo połączyć. Tym bardziej cieszy, że następująca w kole zmiana pokoleniowa tylko je wzmacnia. Zarząd podchodzi do swojej pracy bardzo kreatywnie i z olbrzymim zaangażowaniem, nie szczędząc wysiłku ani czasu. Dzięki temu myśliwi mogą być spokojni o efekty swojej pracy. Możemy być także zadowoleni ze współpracy z okolicznymi rolnikami i organizacjami lokalnymi. Wraz z kolegą Romanem jesteśmy w kole jedynym duetem, który nie jada dziczyzny. To tak gwoli ciekawostki. 

 dzielenie

 roman-reszelski-576x1024

Kolega Roman Reszelski, myśliwy z długoletnim stażem

O początkach

Myśliwym jestem od roku 1971, a członkiem Koła „Darz Bór” jestem od roku 1975. Wcześniej byłem członkiem dwóch kół łowieckich. Pierwszym była „Czapla” Sułów, w którym byłem przez półtora roku. Był to równocześnie okres mojego stażu zawodowego. W roku 1970 ukończyłem we Wrocławiu studia zootechniczne. Później zmieniłem pracę i przeszedłem do Przyborowa. I tam wstąpiłem do Koła Łowieckiego „Jeleń” Wińsko. Po pół roku wybrano mnie tam na Łowczego i tam byłem do roku 1975. W maju tegoż roku zmieniłem pracę i zostałem głównym zootechnikiem w milickim Kombinacie PGR. No i dzięki koledze Janisławowi zmieniłem koło łowieckie na milicki „Darz Bór”. I jak wspominał Kolega, jako jedyni nie jesteśmy amatorami dziczyzny. Na naszych biesiadach zwykle zajadałem się śledziami. A ostatnio przygotowano dla nas ziemniaki z gzikiem. Na szczęście inni koledzy już nie zwracają uwagi na naszą „przypadłość”.

O zmianie pokoleniowej

Co do zmiany pokoleniowej w naszym Kole, której jesteśmy świadkami, to dostrzegamy jej pozytywny aspekt. Przychodzą do nas synowie naszych kolegów myśliwych. Wychowani w poszanowaniu tradycji i to cieszy. Radość sprawia również to, że ci zupełnie „nowi” idealnie się asymilują z nami i nie sprawiają żadnych problemów. Niepokój budzi jedynie to, co dzieje się wokół nowo tworzonej Ustawy Łowieckiej. Atmosfera w wokół niej świadczy o sporym braku wiedzy w społeczeństwie. To widać szczególnie czytając komentarze w Internecie. 

 

dzielenie

jan-kulinski

Kolega Jan Kuliński, myśliwy z długim stażem w Kole Łowieckim „Darz Bór”

O źródłach swojej pasji

Wstąpiliśmy do naszego Koła, wspólnie z kolegą Kazimierzem Kołodziejem, tego samego dnia. To było 13 czerwca 1985 roku. Wcześniej nikt w mojej rodzinie nie zajmował się łowiectwem. W zasadzie byłem pionierem. Ale źródłem tej pasji stała się moja praca zawodowa. Codzienne przybywanie w lesie sprawiło, że zacząłem interesować się łowiectwem. Wciągało mnie to coraz bardziej. Aż stało się. Zostałem myśliwym. Pamiętam, że wówczas Prezesem Koła był sędzia powiatowy kol. Adamek.

 

 

O tradycji

Wtedy myśliwi trzymali się bardzo blisko siebie. Inna była kultura. Nie wspominając o poszanowaniu tradycji. Dzisiaj brakuje mi tej atmosfery. Pamiętam, że wówczas nawet polowania zbiorowe nie były takie liczne. Bywało, że uczestniczyło w nim dwudziestu myśliwych. Nikt nigdzie się nie śpieszył. Czasy były inne i wspomina się je dzisiaj z nostalgią. Łowiectwo nigdy nie było intratną pasją. Dzisiaj mamy wyznaczone plany odstrzału. Jeśli go nie wykonamy, to mamy nakładane kary. Tak jest np. z odstrzałem zwierzyny płowej. Chcesz czy nie chcesz musisz strzelać. Albo płacisz.

O sprzecznych interesach

Prawda jest taka, że dla lasów państwowych sprzymierzeńcem jest dzik, który wybiera ze ściółki szkodniki. Natomiast lasy chcą by jak najwięcej strzelać zwierzyny płowej. A my myśliwi wolimy odwrotnie. Dzik robi największe szkody w uprawach rolniczych, za które musimy płacić. Dlatego my chcielibyśmy by było jak najwięcej saren. I rodzi się przez to konflikt interesów. Zanikają dawne tradycje, choćby polowania wigilijnego. Kiedyś było ono tylko w Wigilię. Zbieraliśmy się rano przy paśnikach i karmiliśmy zwierzynę. Później ewentualnie pozyskało się, jakiegoś dzika. Ale niekoniecznie. Były życzenia i wracaliśmy do domu na kolację. Dzisiaj koniecznie trzeba coś strzelić, jakby był to przymus. Dla mnie dzisiejsze łowiectwo to przede wszystkim aktywny relaks. Przebywanie na świeżym powietrzu pozwala na zachowanie pełni sprawności fizycznej i zdrowia.

O przyjmowaniu nowych członków

– Mam sporo zastrzeżeń do prowadzonej polityki przyjmowania nowych członków do Polskiego Związku Łowieckiego. Często są to ludzie przypadkowi, którzy nie czują łowiectwa i codziennym postępowaniem wyrządzają nam szkodę. Mamy u nas przykład takiego rolnika, z którym sądzi my się od roku 1989 o szkody. Najczęściej z pozytywnym dla nas skutkiem. Dzisiaj dostaje pozwolenie na broń i ma być jednym z nas. A o etyce myśliwego wie tyle, co nic. Na jego polach dawniej bywały stada saren i piękne kozły. Dzisiaj nie ma nic. Jakby zostały doszczętnie wybite. Dwa lata temu on sam skłusował kozła na swoim polu. Niemal na oczach strażnika leśnego. Sprawa sądowa o to toczy się do dzisiaj. I takiego człowieka przyjmuje się bez żadnej opinii do Polskiego Związku Łowieckiego. To jest bardzo niepokojące, że nikt na takie rzeczy nie reaguje.     

 dzielenie 

kaziu-kolodziej

Kolega Kazimierz Kołodziej, ponad trzydzieści pięć lat w Kole „Darz Bór”

O pierwszych krokach w łowiectwie

Ze mną było podobnie. Jestem pierwszym myśliwym w rodzinie, ale mój syn jest już Łowczym w naszym Kole. Kiedy zaczynałem pracę zawodową miałem sporo kontaktów z tutejszymi myśliwymi. Powoli poznawałem zasady łowiectwa i połykałem bakcyla. Tak zostałem członkiem Koła Łowieckiego „Darz Bór”. Kiedyś na oddawanie się swojej pasji miałem znacznie więcej czasu. Częściej chodziłem do lasu i na polowanie. Później był czas na rozmowy i bycie ze sobą. Dzisiaj niestety czas człowieka gdzieś „goni”. Wciąż go brakuje na takie przyjemności. Po polowaniu każdy wsiada do samochodu i jedzie w swoją stronę. Brakuje mi przez to bardzo tej atmosfery i kultywowania tradycji. Choć w naszym Kole robi się wszystko, by było jak dawniej. Problemem dla nas są też szkody w uprawach. Kiedyś żadne PGR-y nie upominały się o zwrot kosztów, gdy dziki zniszczyły im kartofle, czy kukurydzę. Dzisiaj przy tym poziomie rolnictwa koszty szkód są coraz wyższe. I to one obciążają finanse koła.

O dobrodziejstwach myślistwa

 – Lubię chodzić na polowania zbiorowe. Przede wszystkim dla tego ruchu na świeżym powietrzu. Specjalnie nie biorę samochodu by być w ciągłym ruchu. Ze zbiórki na zbiórkę chodzą na piechotę, by zrobić obowiązkowe kilometry. Wszystko dla zdrowia. W domu nie zmobilizowałbym się do takiej aktywności… Obserwując dzisiejsze łowiectwo myślę, że gdyby nie Polski Związek Łowiecki i nasze działania marnie byłoby z naszą przyrodą, a szczególnie ze zwierzyną. Słyszę od kolegów z sąsiednich, kół, że u nich nie jest najlepiej. My podczas polowania zwykle strzelamy po kilka dzików. I trafi się zwierzyna płowa. Natomiast u nich puste pokoty to norma. Bo o zwierzynę trzeba dbać cały rok. Dużo poluję. Szczególnie piękne są wiosenne, samotne wyprawy na kozły. Poranek wśród budzącej się przyrody jest niezapomnianym przeżyciem. Wtedy nawet strzelanie jest zbyteczne.

dzielenie

rysiu-rybarczyk

Kolega Ryszard Rybarczyk, myśliwy w trzecim pokoleniu

O swoich łowieckich początkach

Łowiectwo w naszej rodzinie przechodzi z pokolenia na pokolenie. Najpierw był dziadek. Później mój tata, długoletni Łowczy naszego Koła Henryk Rybarczyk. Potem zostałem myśliwym zostałem ja. No i po mnie kolej przyszła na moją córkę. Kiedy miałem osiem, a może dziesięć lat zacząłem chodzić w nagance ze Stasiem Dorotą. To był naganiacz naszego koła. Wtedy nie było specjalnych restrykcji wiekowych, takich jak dzisiaj. Później chodziłem w nagance sam. Były takie polowania, że sam z dwoma psami je pędziłem. I myśliwi strzelali wówczas siedem, osiem dzików. Zawsze fascynował mnie przyroda i nigdy nie wątpiłem w wybór swojej pasji. Poluję od roku 1981 tj. trzydzieści sześć lat.

 

O poszukiwaniu wyjątkowych okazów

– Kiedyś robiłem to bardzo intensywnie. W czasach, w których nie potrzebne były specjalne kule na kozła, strzelałem z dubeltówki około trzydziestu kozłów. Mam jedną z największych w kole kolekcję „myłkusów”. Bywało tak, że szukałem jakiś wyjątkowych trofeów. Czasami wolałem nic nie strzelić a jeśli już coś, to taki okaz, którym mogłem się pochwalić. Lubiłem i dużo polowałem na ptactwo i kozły. To była moja pasja. Na dziki i jelenie znacznie mniej. Jak syn łowczego miałem dość wysoko podniesioną poprzeczkę. Ale zwykle wywiązywałem się ze swoich zadań. Choć pamiętam takie polowanie w mroźną zimę, kiedy przez pomyłkę trafiłem kozę ze śrutu. Pociągnąłem nie za ten spust w dubeltówce. Później idąc na stanowiska na kolejne pędzenie przyznałem się do tego ojcu, który prowadził to polowanie. Dostałem wtedy od niego karę pieniężną i dodatkowo za karę nie polowałem jeden miot. Nie miałem nigdy ulgowej taryfy. To był dobry edukacyjnie objaw.

O przyjaźniach

Myślistwo dało mi także możliwość poznawania wielu wspaniałych kolegów. Przyjaźnimy się ze sobą i więzy, które istnieją między nami także nie byłyby możliwe, gdyby nie wspólna pasja. To wszystko plus obowiązkowość, dyscyplina i odpowiedzialność jest nieodłącznym atutem łowiectwa.     

dzielenie

 

rysiu-wozinski

Kolega Ryszard Woziński, długoletni myśliwy KŁ „Darz Bór”, były Łowczy 

O początkach

Łowiectwem zajmuję się już trzydzieści dwa lata. Polował mój wujek i bracia. Także mam rodzinne korzenie. A poza tym pracowałem przez całe życie w rolnictwie i byłem blisko przyrody. Stąd moje związki z łowiectwem są jakby naturalnym wyborem. Kiedy wstępowałem do Koła Łowieckiego „Darz Bór” w Miliczy było nas około sześćdziesięciu myśliwych. Polowało się wówczas podobnie, jak dzisiaj. Bardzo ważne było kultywowanie tradycji łowieckich. To było ważne, zarówno wtedy i dzisiaj.

O bezpieczeństwie i obowiązkach

Dzięki temu przez te lata polowaliśmy bezkolizyjnie bez wyrządzenia komukolwiek krzywdy. Myślistwo to przede wszystkim pasja ludzi kochających przyrodę. Bez tego nie wyobrażam sobie porannego wstawania na polowanie i długich spacerów po lesie. Wrażliwość na otaczającą nas naturę nie może być obca myśliwemu. Każdy członek naszego Koła ma obowiązek przepracowania czterdziestu godzin prac w ciągu roku. Może być to sadzenie lasu, czy dokarmianie zwierzyny. Te prace to budowanie urządzeń łowieckich lub ich naprawianie. Taki obowiązek wynika z przyjętego statutu. Zawsze bardzo lubiłem dokarmianie zwierząt. Choć kiedy ukończyłem siedemdziesiąt jestem już zwolniony z tych obowiązków. Przyjęto u nas takie zasady. Na polowanie chodzę jednak bardzo chętnie. Pobyt w lesie sprawia mi olbrzymią przyjemność i pozwala zachować sprawność fizyczną. Cieszę się, że moją pasję odziedziczył także mój syn. Jest członkiem naszego koła i także, jak jego ojciec kocha przyrodę. Może to zasługa miejsca, w którym mieszkamy? To środek naszego łowiska. Wystarczy wyjść za próg domu, by poczuć już niezwykły klimat i czar otaczającej nas natury.

dzielenie

 

Kolega Maciej Komar, od wielu lat w KŁ „Darz Bór”

O początkach

Poluję już czterdzieści lata od roku 1977. Od lat sześćdziesiątych w „Darz Borze” polował też mój ojciec. Brał mnie często na polowania, kiedy jeszcze nie miałem pozwolenia na broń i byłem tam, jako „kibic”. Skutecznie zaraził mnie pasję łowiecką. Tata już nie żyje. Mój syn chodził w nagance, ale bakcyla nie złapał. Zostałem sam w łowiectwie rodzinnym. Tak bywa.

O tym, co jest najważniejsze w polowaniu

Polowanie dla nie to przede wszystkim możliwość spotkania się z kolegami. Można pożartować, pośmiać się i oczywiście pobyć razem. A strzelanie nie jest aż tak ważne. Więzy, które tworzą się podczas polowania i wspólnej pracy na rzecz koła są bezcenne. Dla mnie to też jest kwintesencja łowiectwa. Dlatego pewnie nie zabiegam o posiadanie jakiś wyjątkowych okazów z polowań. Ot strzelam coś tam, ale nie jest to takie istotne. Radość sprawia mi spotykanie się z ludźmi, których cenię i lubię. Wtedy i nie liczy się godzin przepracowanych na rzecz koła. Mamy te obowiązkowe czterdzieści godzin rocznie. Ale przecież prócz tego, bez liczenia godzin, pracujemy w dwie soboty dodatkowe.

O pracy członka Koła

Opiekujemy się wyznaczonymi ambonami. Doglądamy je i sprawdzamy, czy nadają się do użytku. A jeśli wyniknie tak potrzeba, to naprawiamy je. Od mniej więcej dwudziestu lat zmienia się oblicze myślistwa. Kiedyś było ona dość elitarne. Dzisiaj o ile łatwiej jest zdobyć pozwolenie na broń, to już członkowstwo w kole bywa problemem. Jeśli koło jest liczne, to taką możliwość dla „nowego” daje tylko odejście członka i zwolnienie miejsca. Choć łatwiej mają dzieci myśliwych, które są w pozycji uprzywilejowanej. Ale to naturalne zjawisko. Myślę, że pozwala to na budowanie wśród nas prawidłowych i bezpiecznych relacji. Poluję w naszym kole już 40 lat i nie pamiętam, by przez ten czas zdarzył się u nas przypadek postrzelenia lub innego wypadku podczas polowania. To dobrze o nas świadczy.      

dzielenie

tomasz-blazutycz

Kolega Tomasz Błażutycz, w Kole zajmuje się edukacją:

O popularyzacji łowiectwa

Jestem myśliwym z sześcioletnim stażem. W kontaktach z najmłodszymi mamy wypracowane metody działania. Mamy swoją myśliwską wiatę edukacyjną. Jeśli aura pozwala, zapraszamy do niej dzieci. Mamy tam sprzęt audiowizualny, przy pomocy, którego prezentujemy im bogactwo naszych lasów i pól. Kolega zwykle tłumaczy dzieciom, że sarna to nie jest żona jelenia. A jelonek to nie koziołek, a owad. To wszystko, o czym mówimy teoretycznie, pokazujemy później na żywo w naturze. Wtedy ta edukacja ma sens i jest łatwiejsza. Chodzimy po lesie. Odwiedzamy paśniki i karmimy przy okazji zwierzęta.

O planach na przyszłość

– Teraz mamy plan zakupienia czternastu drzewek owocowych i posadzenia ich w lesie. Po to, bo korzystały z nich nie tylko ptaki, ale i inne zwierzęta. Przybliżanie dzieciom naszej rodzimej przyrody daje bardzo dużo satysfakcji. Kiedy opowiadamy o tym, jak jeleń gubi poroże, a później mu ono odrasta, dosłownie słychać latające w wiacie muchy – słuchacze tak są zainteresowani przekazywaną wiedzą. Mamy w grupie edukacyjnej kolegę myśliwego z czterdziestoletnim stażem, którego opowiadania o lisach i dzikim ptactwie pochłaniają bez reszty dzieciaki. To prawdziwa przyjemność.

O edukacyjnych początkach

Pierwszą rozszerzoną lekcję przyrody mieliśmy w roku 2012 w Szkole Podstawowej nr 2 w Miliczu. Przygotowałem projekcję, a Łukasz mający przygotowanie pedagogiczne poprowadził spotkanie. Na sali była ponad setka dzieci. Tak im się to spodobało, że byliśmy tym efektem zaskoczeni. Akcja nabrała rozmachu i dzisiaj wyszliśmy z nią nawet poza teren naszego województwa. Mamy propozycje spotkań we wrocławskich szkołach. I to mimo tego, że we Wrocławiu jest sporo kół łowieckich. Bardzo poważnie traktujemy w Kole działalność edukacyjną. Na tyle poważnie, że w preliminarzu wydatków na ten rok przeznaczyliśmy na to część dochodów. Jest tak potrzeba i trzeba jej sprostać. 

dzielenie

lukasz-karbowski

Kolega Łukasz Karbowski, także zajmujący się edukacją w Kole Łowieckim „Darz Bór”

O swojej pasji

Odziedziczyłem swoją pasję po moim tacie. Myśliwym jestem od czternastu lat. W kole wraz z kolegą zajmujemy się edukacją wśród dzieci i młodzieży. Staramy się pokazywać, czym zajmują się myśliwi. Bo to jest podstawa wszelkich dobrych czy złych relacji z innymi. Jeśli kogoś się nie zna, to o jakimś lubieniu go, czy nie lubieniu nie może być mowy. Zwykle jest tak, że gdy dzieci nas już poznają, to wtedy lubienie jest czymś naturalnym.

O tym, jak zaciekawić znudzonych

Wykorzystujemy w swojej edukacji całą masę pomysłów innych kolegów. Nie zawsze mają oni czas na to. Opowiadają nam o tym, a my korzystamy z ich pomocy. Ta działalność niezwykle nas mobilizuje do kreatywnego myślenia i działania. Dzieci są naszym surowym cenzorem. Wystarczy, że zaczną się nudzić, a już tracimy ten atut atrakcyjności, który mamy. Do tego wystarczy 15 minut braku uwagi i później jest problem. Dzieci w swoich nieskażonych pseudoekologią głowach magazynują wiedzę, którą im dostarczamy. Później, przy następnym spotkaniu, często nas zaskakują. Jednego roku uczymy ich łowieckiego nazewnictwa nóg dzika czy innych elementów. W następnym roku powtarzają nam, że to już znają i chcą czegoś nowego. Tutaj nie można popadać w rutynę. Dlatego wciąż robimy różne pomoce naukowe. Ktoś narysuje tropy. Inny je sfotografuje. Później przybije się je na deseczce i mamy gotową pomoc.

O druhu Bolku i rajdach hubertowskich

Wszystko wzięło się z potrzeby ducha. Kiedyś żył w Miliczu druh Bolek. Organizował rajdy hubertowskie. Co roku robiło je inne koło. Ja byłem wówczas mały i chadzałem w nagance. Później druh zmarł i atmosfera wokół myśliwych zaczęła społecznie gęstnieć. Dzieci nie bywały już u nas. No i poczuliśmy potrzebę wyjścia do nich. Na dodatek zrodziła się nowa inicjatywa, Dzień Ziemi. Mój tata wspólnie z panem Zdzisławem Sokołowskim, którego żona była nauczycielką w Czatkowicach, zaproponowaliby dzieci pozbierały z okazji tego dnia śmieci na drodze do wiaty myśliwskiej. W zamian za to myśliwi zorganizują im ognisko z kiełbaskami. Myśliwi opowiadali o przyrodzie. Zaciekawienie dzieci rosło i rozbudziły się nowe oczekiwania. Taki był początek. Zaczęły zgłaszać się nowe szkoły z chętnymi.

O „głodzie” prawdziwej wiedzy o łowiectwie

– Dzisiaj spotykamy się z młodzieżą nie tylko z Doliny Baryczy, ale i m.in. Wrocławia. Ale te spotkanie organizujemy nie tylko dla najmłodszych. Ostatnio mieliśmy prelekcję dla sióstr z Polskiego Czerwonego Krzyża, honorowych krwiodawców krwi. Nawet z Poznania. Ludzie po prostu szukają prawdziwego kontaktu z naturą. Wiedzą, że myśliwi mogą im to zagwarantować. A że nie znają swojego najbliższego lasu, to głód tej wiedzy jest widoczny. Organizowaliśmy m.in. piknik integracyjny z dziećmi i okolicznymi rolnikami, który po prostu przerósł nasze oczekiwania. Było na nim obecnych ponad trzystu uczestników. Były gry zręcznościowe, strzelanie z łuku, pokazy oswojonego sokoła, jazda konna. Zaczęliśmy być aktywni w mediach internetowych. To pozwala budować pozytywny wizerunek łowiectwa. 

 

 

 

 

 

Comments are closed